Niezależna twierdza rządząca się własnymi prawami

Brytyjczycy to dumni wyspiarze, którzy przez wieki dokładali wszelkich starań, aby ze swojej wyspy uczynić krainę piękna i szczęśliwości. Dopływając do białych klifów Wielkiej Brytanii, odnosimy wrażenie, że zbliżamy się do niezdobytej twierdzy, która rządzi się własnymi prawami, niezależnymi od reszty świata i kontynentu. Zobaczymy tu nie tylko piętrowe autobusy, lewostronny ruch i rodzinę królewską: […] Wielka Brytania jest też krajem baśniowych ogrodów osnutych mgiełką dżdżu i prehistorycznych kamiennych kręgów. Przede wszystkim jednak zdumiewa w niej wszechogarniające poczucie swobody i wolności. Można wręcz odnieść wrażenie, że wolność w jej współczesnym rozumieniu jest typowo angielskim wynalazkiem. Anglicy zawsze cenili swoją rodową arystokrację, a rodzina królewska wciąż stanowi autentyczną elitę i ostoję brytyjskiej tradycji. Królowa matka czy księżna Diana stały się prawdziwymi ikonami popkultury. By się o tym przekonać, najlepiej zawitać do Londynu, który jest kolorowy jak ptak. Ten wieloetniczny tygiel kulturowy to spadek po czasach imperium, ale także współczesność – polityka otwartości i kosmopolityzmu. Tu każdy może odnaleźć swoją przystań.

Anglia mnie zachwyca. W kraju piętrowych autobusów, lewostronnego ruchu i futbolu byłem po raz trzeci. Za każdym razem nie posiadam się z radości, gdy mam kontakt z angielską kulturą i krok po kroku poznaję zwyczaje tego wspaniałego kraju. Trzy lata temu (ale czasu minęło!) pojawił się na łamach Redloga mój tekst - Relacja z pobytu w Anglii…, do przeczytania którego serdecznie zapraszam. Wtedy byłem dwukrotnie na Old Trafford i dwukrotnie oglądałem mecz Premier League. Teraz zachęcam do przeczytania obszernego artykułu traktującego ogólnie o Anglii – o kulturze, futbolu, zwyczajach… Have a nice journey!

Fragmenty tego tekstu ukazały się również na blogu Manchesteru United – Redlog.pl oraz serwisach futsalowych – FairPlayMielec.pl i CzasFutsalu.pl.

Kultura pubowa

Podczas pobytu w Anglii pracowałem kilka nocy w pubie. Muszę przyznać, że zaskoczyło mnie to, co zobaczyłem. Puby zamykane są o 4. nad ranem (albo i później!) i wcale nie brakuje ludzi. Tłumy zaczynają się po godzinie 1. Pomyślicie, że przychodzą tylko młodzi, aby się pobawić, potańczyć. Nic z tych rzeczy! Niektórzy emeryci przychodzą około 2. w nocy tylko po to, by wpić parę pintów Guinessa. I siedzą przy piwku do zamknięcia lokalu, świetnie się bawiąc i podśpiewując. Przychodzą także kobiety w starszym wieku. Bawią się, poznają nowych ludzi (i dziadków, którzy tylko czekają, by je poderwać!), tańczą. To piękne, jak ci starsi ludzie potrafią cieszyć się życiem. Na ulicy po godzinie 20. nie uświadczysz nikogo, chyba, ze jest w drodze do pubu :-).

Myślałem, że wypady po pubu mają miejsce tylko wieczorami. Nic z tych rzeczy! Jednego popołudnia (ok. 15) udałem się z bratem do jednego z nich. Był wypełniony ludźmi! Dzieci, dorośli, starsi, kobiety, mężczyźni. Każdy spędza dużo czasu w pubie. Siedząc, rozmawiając i oczywiście popijając piwo. Stwierdzam, że każdy Anglik spędza większość swojego wolnego czasu w pubie wraz ze znajomymi. Brat powiedział mi, że i tak w pubach jest teraz mniej ludzi. Z powodu kryzysu Anglicy wolą oszczędzać i posiedzieć w domu (a potem i tak wyjść do pubu ;-) )!

Jeszcze jedno – może Anglicy nie piją mocnych trunków, tak jak słynący z tego Skandynawowie, Rosjanie czy Polacy. Spożywają natomiast olbrzymie ilości piwa. Olbrzymie.

Wrodzona uprzejmość i kultura

Jak miło i przyjemnie iść do sklepu, w którym ze strony sprzedawcy na 100% spotka Cię uśmiech (ewentualnie, przy braku klientów - krótka pogawędka). Ci ludzie są chętni do pomocy i robią to z olbrzymim “bananem” na twarzy. Przy kasie kasjer wita cię z uśmiechem na buzi, dziękuje za podanie pieniędzy, a przy odejściu od kasy – dziękuje, zaprasza ponownie i życzy miłego dnia. I nie było sklepu, w którym bym tego nie usłyszał. Po powrocie poszedłem do sklepu po bułki i tu kontrast - “ani me, ani be, ani pocałuj mnie w dupę”. Kasjerką była albo niemowa, albo niezwykle zła, naburmuszona kobieta, nienawidząca całego świata za to, że pracuje tu, a nie gdzie indziej.

W pracy w pubie prawie za każdym razem, gdy przechodziłem obok drugiego pracownika słyszałem „How are you?” bądź „OK?” – oczywiście z ogromnym uśmiechem! Aż chciało się iść do pracy i ciężko zapierdzielać do samego rana. Nie mówiąc już o klientach (i szalonych, niedużo starszych klientkach!), którzy pytali mnie o moje imię, miejsce pochodzenia i staż pracy. Dzięki temu poznałem fantastycznych ludzi.

Tak samo sąsiedzi bądź znajomi, przy spotkaniu zawsze słychać „Hi. How are you?” i jest to naturalne, tak ja „Dzień dobry” czy „Cześć”, a jednak jak miło jest, gdy ktoś pyta jak samopoczucie. Oczywiście to swoista rutyna i nie można odpowiedzieć inaczej niż „Fine. And you?”, nawet gdybyś miał 40 stopni gorączki, katar, masę długów, umarłaby ci cała rodzina i szedłbyś do pracy w oczyszczalni ścieków.

Kiedy byłem pod stadionem Villi, chciałem zrobić jak najwięcej zdjęć. Zaczepił mnie ochroniarz i zapytał, czy chcę, żeby zrobił mi zdjęcie. Oczywiście powiedziałem, że tak. Po zrobieniu kilku zdjęć na tle Villa Park – oddał mi aparat i zapytał skąd jestem i czy przyjechałem studiować. Z olbrzymią aprobatą przyjął wiadomość, że jestem z Polski. Życzyliśmy sobie miłego dnia, ja grzecznie podziękowałem i poszedłem swoją drogą. Strasznie miło.

Prawa jazdy jeszcze nie posiadam, jednak dużo podróżując po Anglii (rowerem bądź jako pasażer), zwróciłem uwagę na niesamowitą kulturę panującą na angielskich drogach. Nie widziałem ani razu, by ktokolwiek wymusił pierwszeństwo na drodze. Nawet jeśli ktoś jedzie po drodze z pierwszeństwem a z drogi podporządkowanej ktoś usiłuje wyjechać – samochód A zatrzyma się i z uśmiechem przepuści pojazd B. Tak samo wygląda to z pieszymi, jeśli czekasz choć chwilę na przejściu dla pieszych bez świateł, natychmiast ktoś się zatrzyma i cię przepuści. Oczywiście nie wolno zapomnieć o szerokim uśmiechu i podniesieniu kciuka w górę. To najpopularniejszy obrazek wśród kierowców w Anglii. Uprzejmość, uprzejmość i jeszcze raz uprzejmość. Zwykły, mały gest, a jak bardzo poprawia się samopoczucie! Nie widziałem w Anglii złośliwych gestów i krzyku ze strony kierowców. Błąd czy pomyłka kierowcy kwitowana jest uśmiechem kierowcy jadącego z przeciwka. Sympatycznie. Poza tym, w Anglii jeździ się bardziej na wyczucie i bezpieczeństwo, aniżeli na przepisy. Tutaj nie odgrywają roli znaki czy kierunkowskazy, a kultura i bezpieczeństwo na drodze.

I co ciekawe, gdy nie ma ruchu, światła nie obowiązują Anglików. Jeśli nie nadjeżdża żaden pojazd, nikt nie zwraca uwagi na czerwone światło. A policja? Robi to samo. Parkowanie w miejscu niedozwolonym pod komisariatem policji spotyka się jedynie z uśmiechem policjanta. O ile jest bezpiecznie i nie utrudnia się ruchu.

Sami policjanci natomiast dużo jeżdżą na rowerach. Spotkać ich można na co dzień w centrum. Wracając do domu spotkałem takiego policjanta, który zapytał „How are you, mate?” i szeroko się uśmiechnął. Nic wielkiego, ale uśmiech na twarzy miałem przez następne kilka minut. Jak inne jest postrzeganie takiego policjanta, a polskiego, który podjedzie w obskurnym polonezie i ze złośliwą i ponurą miną powie: „Wypad, bo cię spiszę. A sprawy w sądzie nie chcesz?”. A spotkałem się z czymś takim, mimo że prawa nie złamałem :-).

Angielskie jedzenie

Angielska kuchnia jest jedną z najdziwniejszych w Europie. Można chyba powiedzieć, że jest jedną z najbardziej ubogich kuchni w Europie. Anglicy kochają styl klasyczny i konserwatywny i nie mają nic do zaoferowania mieszkańcom innych europejskich krajów. Czerpią z kuchni innych krajów: włoskiej, indyjskiej czy chińskiej i bardzo często jadają w restauracjach z takim właśnie jedzeniem.

Jagnięcina w sosie miętowym, ryba z frytkami (koniecznie zawinięta w gazetę!), na śniadanie: fasola w sosie pomidorowym na toście (najbardziej ekonomiczny posiłek, kiedy portfel staje się cieńszy pod koniec miesiąca) czy jajecznica koniecznie na toście (nie obok!), to tylko kilka z najdziwniejszych zwyczajów żywieniowych Brytyjczyków.

A najpopularniejsza angielska potrawa? Zdecydowanie słynne, angielskie śniadanie traktowane niemal jak uczta. W tygodniu, co prawda, większość Brytyjczyków zadowala się miską płatków, filiżanką herbaty z mlekiem i - często – papierosem, jednak nikt nie może odmówić sobie od czasu do czasu angielskiego śniadania (które jest specjałem w niektórych restauracjach, nie mówiąc już o przydrożnych barach i smażalniach). Mówi się, że rocznie Brytyjczycy spożywają 450 000 ton boczku, 5000 ton kiełbasy i miliony jaj.

A z czego składa się typowe brytyjskie śniadanie? Skład jest iście zabójczy: smażone pieczarki, smażony black pudding – rodzaj grubej kaszanki w plastrach, smażony bekon, chleb prosto z tostera (chyba tylko do tostów się nadaje, bo smakuje bardzo sztucznie), smażone ciastka ziemniaczane (Hash Brown), smażone pomidory z puszki, smażone małe kiełbaski, fasolka w sosie pomidorowym z puszki oraz jajecznica. Jak można się tym zachwycać? Jak widać – można.

Osobiście jednak nie zjadłbym niczego z angielskiej smażalni, w której olej wymieniają chyba raz na “ruski rok”, a jedzenie jest tłuste i śmierdzące. Anglicy nie mają wyrobionego smaku i nie zważają na to, co jedzą – ważne, żeby było szybko i tanio. Nie wyobrażam sobie, żeby w Polsce uznanie znalazła przydrożna budka, której specjałem byłaby ryba ociekająca olejem i frytki. A jednak.

Nic dziwnego, że parę lat temu w programie pt. „Europa da się lubić” słynny Brytyjczyk, Kevin Aitson, był jedynym uczestnikiem, który nie pochwalił się żadną narodową potrawą wśród innych Europejczyków.

Niesamowicie dobra i zdrowa jest kuchnia chińska, która znajduje uznanie Anglików. Przeróżne potrawy (czerpiące z naturalnych produktów) robione z soi, fasoli czy innych roślin to samo zdrowie (Chińczycy mają na tym punkcie bzika). I całkiem nieźle to smakuje. Indyjskie curry też :-).

Muzułmanie i mieszanka narodowościowa

Anglia to wieloetniczny kraj – skutek polityki otwartości i stuleci posiadania kolonii. Mnóstwo imigrantów z Afryki, Azji, Europy przyjeżdża do Anglii za pracą. To nie problem spotkać na ulicy Murzyna czy Azjatę, łatwo spotkać Polaka czy Hindusa. Istnieją nawet osobne dzielnice Muzułmanów, na których znajdziemy tylko ich sklepy, ich szkoły. W Anglii jest mnóstwo imigrantów – ciężko jest uświadczyć taksówkarza Anglika (cały ten dział usług został przejęty przez Arabów), w żadnym sklepie czy na poczcie nie jesteś w stanie spotkać samych Anglików. Jest ich coraz mniej (współczynnik urodzeń Anglików jest mniejszy niż pozostałych mieszkańców tego kraju). Muzułmanie zakładają własne firmy i zakłady. A rozleniwieni Anglicy? Mieszkają na obrzeżach miasta i siedzą w pubach.

Temat mojego stosunku do migracji rozwinę jednak w moim następnym tekście na tym blogu.

Polska w Anglii

Anglicy lubią Polaków. I to bardzo! Wielokrotnie podczas rozmowy z ludźmi z pubu bądź znajomymi słowo „Poland” było bodźcem do szerokiego uśmiechu na twarzy. Wspomniany wcześniej ochroniarz sprzed stadionu Villi odpowiedział „Poland? That’s very good!” i kciukiem uniesionym do góry wyznał swoją aprobatę. W pracy, jeden z Anglików, dowiedziawszy się, że jestem z Polski, chciał postawić mi drinka i razem się napić!  Reszta z nich, pytając o Polskę, mówiła, że ma paru znajomych i Polska jest świetnym krajem. „Spoko”, „siema”, „cześć” – to potrafią powiedzieć Anglicy! Jak widać, Polacy to nie tylko złodzieje i lenie, ale ludzie, którzy potrafią być lubiani i szanowani w innych krajach. Dziękuję tym, którzy wyjeżdżając na Wyspy przynoszą chlubę naszemu państwu!

Próbowałem uczyć polskiego dwóch znajomych z pracy. Reakcja? Odpowiadają: ”Very difficult!”, ale to dlatego, że oczekiwałem czegoś trudniejszego niż „siema” ;-).

Najlepsza sytuacja zdarzyła się pewnego razu w pubie. Anglicy raczej piją piwo niż wódkę. Chcieli jednak pokazać, jacy to oni nie są i zamówili dla siebie po kieliszku. Po godzinie modlitw, odważyli się i kolejną godzinę narzekali: jakie to mocne i jak można to pić. Reakcja koleżanki zza baru? „He’s from Poland!”Rozbawiło mnie to do łez! :-).

Anglicy…

Anglicy to przede wszystkim ludzie uprzejmi, o czym pisałem wcześniej. Chodzą szczęśliwi i sprawiają wrażenie wiecznie uśmiechniętych. Gdy mijasz się z kimś, zapewne zostaniesz obdarowany szczerym uśmiechem. Każdy najmniejszy gest (jak ustąpienie pierwszeństwa w wąskiej uliczce) zostanie skwitowany głośnym „Cheers!” i oczywiście… uśmiechem. Każdy kontakt z innym człowiekiem (np. w zatłoczonym sklepie) to głośne „Sorry”. A najlepsza sytuacja spotkała mnie w sklepie, gdy mały chłopiec ze zbyt dużą ilością energii ganiał po całym markecie. Wbiegł na mnie. Ojciec natychmiast zaczął mnie przepraszać. Powiedziałem, że jest w porządku i nic się nie stało. On na wszelki wypadek jeszcze raz przeprosił, a potem skarcił chłopca. Przede wszystkim uprzejmość!

Uważam, że gdyby w Polsce przez parę miesięcy była taka pogoda jak tam – 95% naszego społeczeństwa narzekałaby na brak słońca, deszcz, a na twarzach widniałyby tylko smutek i ponura mina. Tam ludzie rozmawiają o pogodzie (mogą to robić długo!), ale nie narzekają i nie smęcą. Po prostu cieszą się życiem.

W polskich przychodniach starsi ludzie siedzą godzinami w kolejkach do lekarza i narzekają razem na to, jak im źle. Tam – w przychodniach nie ma ani kolejek, ani starszych ludzi. Czemu? Oni nie mają czasu i siły, by chorować! Starsi ludzie jeżdżą na Majorkę, Sycylię czy Wyspy Kanaryjskie i po prostu czerpią radość z życia (inna sprawa, że mają na to pieniądze z dobrych emerytur). Jednak zamiast iść do lekarza wolą pójść na basen (pan po 70. skakał z trampoliny lepiej niż niejeden młodszy chłopiec i wywijał przy tym malownicze salta) czy iść do pubu i wraz ze znajomymi napić się piwa, wspominając stare czasy. U nas jest jakaś taka moda na narzekanie, o czym też chcę napisać tekst w niedalekiej przyszłości. Emeryci w Anglii kochają swoje życie i niczym epikurejczycy „chwytają dzień”, korzystają, ile tylko mogą!

Futsal

Przed wyjazdem do Anglii skontaktowałem się z miejscowym klubem futsalowym – Team United Birmingham. Prezes klubu, pełniący rolę trenera – Ikhlaq – ochoczo („more than welcome!”) zaprosił mnie do trenowania wraz z zespołem czwartej drużyny w Anglii. Jak się dowiedziałem, futsal w Anglii jest amatorski i stoi na bardzo niskim poziomie, co bardzo mnie zdziwiło. Team United trenuje jedynie raz w tygodniu a zespół jest raczej zlepkiem kilkunastu gości, którzy chcą pokopać na hali, aniżeli profesjonalną drużyną.

Na miejscu zadzwoniłem do Ikhlaqa. Nadspodziewanie dobrze się z nim dogadałem. Powiedział, że wyśle mi adres hali, na której trenują. Zapewnił, że niczym nie muszę się martwić. Przyjechałem na miejsce pół godziny przed treningiem. Sam ośrodek zachwycał funkcjonalnością, miłą obsługą i mnogością dyscyplin oraz zajęć, które się w nim odbywały. Oprócz dwóch pełnowymiarowych hal znajdowało się tam mnóstwo sal gimnastycznych i siłowni. Ludzie przychodzili na karate, na odnowę czy siłownię. Ja nadal czekałem.

W końcu w drzwiach ukazał się Ikhlaq, który wraz z jednym chłopakiem niósł sprzęt. Poznał mnie z nim – okazało się, że to nowy zawodnik klubu – reprezentant Anglii w futsalu. Pokazał mi, gdzie jest szatnia i zaprosił na halę. W międzyczasie poznałem Portugalczyka, który podobnie jak ja przyjechał do Anglii, a w swoim kraju grał w futsal bardziej profesjonalnie. Co ciekawe, był niedawno w Polsce i znał parę słów “po naszemu”. Pogadaliśmy chwilę na temat obu krajów i razem (jako, że wtedy zdecydowanie raźniej!) udaliśmy się na halę. Trzeba przyznać, że obaj byliśmy bardzo zdenerwowani, jednak sam trener - witając nas serdecznie - rozluźnił atmosferę. Oznajmił, że przyjechało do nich dwóch profesjonalistów, którzy pomogą trochę amatorskiemu klubowi. Na treningu było kilkanaście osób – bramkarze przyszli nieco później i sami zorganizowali sobie rozgrzewkę na boku. Ikhlaq ciągle dbał o to, bym wszystko zrozumiał. Przydzielił mi nawet do pary owego reprezentanta, który dokładnie mi wszystko tłumaczył. Zawodnicy byli mili i pozytywnie nastawieni do nas – „obcych”.

Na samym początku Ikhlaq przedstawił plan treningu. Najpierw krótka zabawa z piłką, następnie kilka ćwiczeń ogólnorozwojowych i stretching. Później mała rywalizacja między wydzielonymi zespołami i ćwiczenia z piłką w parach. Na koniec trener podzielił wszystkich na cztery zespoły i zaczęła się gra. Gdy mój zespół odpoczywał, rozmawiałem z trenerem na temat futsalu w Anglii i sytuacji klubu. Na treningu było dwóch reprezentantów Anglii w futsalu - Pete Vallance i Nick Colley, z czego był wyraźnie dumny. Część zawodników grała w niższych ligach na trawie, a reszta stale przychodziła trenować w Team United. Po dwóch godzinach intensywnego treningu wszyscy udaliśmy się do szatni.

Wnioski? Anglia to kraj, w którym futsal stoi na dość niskim poziomie. Zawodnicy mają małe pojęcie o taktyce i stałych fragmentach gry. Nie potrafią zbytnio poruszać się na boisku. Co prawda, kilku z nich błyszczało niebanalną techniką, brakowało mi jednak dużej ilości podań, jaką obserwuję chociażby w polskim futsalu. To bardziej gra siłowa, choć zawodnicy prezentują się także nieźle pod względem technicznym. Zdecydowanie jednak brakuje im podstaw taktyki i jakiegoś ogrania. Oczywiście dobrze operują “podeszwą” i nie uświadczysz tam wślizgu.

Czemu tak jest? Myślę, że przeciętny Anglik wybiera grę na trawie w okręgowej lidze niż grę na hali. Anglicy są słabi w sportach halowych i nie ciągnie ich do tych dyscyplin. Jak wiemy – Anglia to kraj futbolu i mają tam "świra" na punkcie piłki, jednak tej na trawie. Szkoda, bo potencjał mają ogromny i również na hali mogliby odnosić sukcesy. Dodatkowo zdziwił mnie brak pomocy dla tego klubu ze strony miasta czy różnych organizacji rządowych. Piłkarze sami płacą za wynajem hali, nie dostają żadnej pomocy z zewnątrz. I tutaj jest pies pogrzebany – brakuje inwestycji i wsparcia dla tej dyscypliny.

Jednak futsal w Anglii rozwija się bardzo szybko. Wystarczy poczytać na temat powstających szkółek futsalowych czy coraz większej ilości klubów. Do Anglii przyjeżdżają nawet futsalowi piłkarze z całego świata i prowadzą zajęcia z młodzieżą. Futsal pozostaje mimo wszystko mało popularny, a wiadomo, że Anglicy wirtuozami techniki nie są – są natomiast bardzo leniwym narodem.

Piłka, piłka, piłka <3

Jadąc z bratem, zapytałem go, czy Anglikanie chodzą do kościoła i wierzą w Boga, tak jak Polacy. Nie widziałem bowiem tłumów przed kościołem w niedzielę, a sam kościół jest w samym centrum, otoczony największymi sklepami i molochami handlowymi. Wiem, że Anglicy podchodzą do takich spraw jak religia z pewnym dystansem i raczej nie przywiązują do tego większej wagi. Brat odpowiedział mi, że wierzą w Beckhama i w futbol. Cóż, tak po prostu jest. Piłka nożna jest dla nich religią. To temat nr jeden w Anglii. Na każdym kroku można kupić wszelkie akcesoria związane z futbolem, w gazetach każdego dnia kilka stron poświęconych jest piłce nożnej, w firmach urządzane są loterie piłkarskie, wszyscy rozmawiają o piłce – kobiety, mężczyźni, dzieci i starsi. W oknach mieszkań powiewają angielskie flagi (niestety, gdy przyjechałem Anglia była już poza Mundialem).

Podczas meczów Mundialu ulice nagle zamierały. Wszyscy kierowali się w stronę pubów, by razem oglądać piłkarskie zmagania. Finał Mistrzostw Świata oglądałem w Wetherspoonie wraz z masą Anglików, którzy wybrali się na mecz. Piwo leje się litrami, a Anglicy (jak i Angielki!) siedzą, analizują i przeżywają każdą akcję spotkania. Potem barman powie jednak, że było wyjątkowo mało ludzi. Zrobiłem wielkie oczy. Jak się okazało - podczas meczów reprezentacji Anglii i kolejek Premier League – puby wypełniają się po ostatnie miejsca, a kolejka po piwo sięga aż poza lokal. Cholernie żałuję, ze nie mogłem tego odczuć na własnej skórze, bo mój pobyt w Anglii przypadał na piłkarski “sezon ogórkowy” i końcówkę Mundialu, w której niestety zabrakło Anglii.

Villa, West Brom, Blues…

Przed wyjazdem do Anglii postanowiłem sobie, że zwiedzę jak najwięcej stadionów. I tak (w roli redaktora Redlog.pl!) udałem się na stadion Birmingham City. Porozmawiałem z niezwykle uprzejmą kobietą w recepcji, która ze swym nienagannym, czystym, angielskim akcentem poinformowała mnie, że musi się skontaktować z przedstawicielem mediów. W ten oto sposób przez telefon rozmawiałem chwilę z osobą zajmującą się takimi sprawami i dostałem zielone światło, by wejść na stadion Bluesów. Oczywiście wraz z jednym z ochroniarzy, który mnie ciągle pilnował. Z wysokości górnych trybun zrobiłem kilka zdjęć. Zapytałem go, czy jest możliwość, by udać się na trening Birmingham City – ten stwierdził, że pracował wcześniej w ośrodku treningowym Birmingham, ale od tego czasu mogło się dużo zmienić. Poszedłem więc do recepcji i ta sama uprzejma kobieta powiedziała, bym skontaktował się z człowiekiem zarządzającym ośrodkiem treningowym. Niestety – Alex McLeish nie wyraził zgody na dostęp mediów do drużyny, która kilka dni później poleciała na tournee do Chin.

W następnym tygodniu udałem się na Villa Park – znacznie większy stadion od obiektu ich największych rywali. Zresztą koło Villa Park jeździłem każdego dnia do pracy. By the way – niedaleko od stadionu Villans mieszkał Ozzy Osbourne. Nie omieszkałem odwiedzić dzielnicy, w której spędził swoje dzieciństwo. Odnalazłem również jego mieszkanie. Nic specjalnego, ale sam fakt, że ten człowiek spędził tam kilkanaście lat swojego życia, robi wrażenie. Wracając do tematu - z takim samym zamiarem co na St Andrews Park udałem się do Villi. Po krótkiej rozmowie z równie miłą panią, co ta z Birmingham City, odbyłem dialog przez telefon. Oczywiście wszystko zostało dokładnie sprawdzone i po chwili dowiedziałem się, że będę mógł wejść na murawę. Zgodnie z poleceniem – usiadłem na wygodnej kanapie, napiłem się i przejrzałem The Sun. Po chwili w drzwiach pojawiła się niewysoka brunetka, która zaprowadziła mnie na stadion – przy okazji chwilę rozmawialiśmy. Stadion Villi zrobił na mnie wrażenie – olbrzymi, zadbany obiekt wypełniało światło słoneczne, które padało na równo przystrzyżoną murawę. Zrobiłem masę zdjęć, podziękowałem i wróciłem do domu.

Kolejnym ze stadionów miał być obiekt West Bromwich oddalony o ok. 5 kilometrów od mojego miejsca zamieszkania. Cóż, wsiadłem na rower i z mapą w ręce udałem się na West Brom. Obiekt podobny do stadionu Birmingham, jednak sprawiał wrażenie masywniejszego. Klub nie przywiązywał większej wagi do mnie czy moich intencji, bez dłuższej rozmowy, wraz z pracownikiem obsługi wszedłem na stadion. Tradycyjnie – parę zdjęć i powrót do domu.

W ten oto sposób byłem na trzech stadionach klubów angielskiej Premier League, co jest dla mnie sporym osiągnięciem.

Prezentacja strojów Villi!

Podczas przeglądania Internetu natknąłem się na informację o nadchodzącej prezentacji nowych strojów Aston Villi i przedstawieniu nowego sponsora tego klubu. Było to dość blisko, więc postanowiłem, że i tam się udam. Na miejscu rozłożona była średniej wielkości scena, obok na sztucznej nawierzchni mali chłopcy grali w turnieju, zjawiło się sporo kibiców Aston Villi, a całość uświetniał występ stricte angielsko-rockowego zespołu. Po kilkudziesięciu minutach wypowiedzi o nowym sponsorze (który nie był mile widziany), na specjalnym wybiegu pojawili się piłkarze Villi – Brad Friedel, Stilian Petrov, Steward Downing i Carlos Cuellar – w strojach wyjazdowych. Największe owacje dostał amerykański bramkarz, który sprawiał wrażenie miłego i sympatycznego człowieka. Z odległości kilku metrów widziałem piłkarzy światowego formatu, których co tydzień widzimy na boiskach Premier League. Po chwili zaprezentowali oni domowe meczówki, a potem udali się pogratulować i porobić sobie zdjęcia ze zwycięzcami turnieju młodzików.

Każdy czekał na autografy swoich ulubieńców. Ja też zaopatrzyłem się w długopis i kilka kartek. Po chwili zabawy na boisku z małymi adeptami futbolu piłkarze wyszli, by udać się na uroczysty obiad. W eskorcie kilku ochroniarzy, szli do budynku obok. Fanom ochroniarze nie byli straszni i o mało co nie stratowali swoich ulubieńców. Podsunąłem kartkę z długopisem pod nos Friedela, a ten, o dziwo, chwycił za długopis i swoimi olbrzymimi łapami podpisał się , po czym skwitował całość ciepłym uśmiechem. Szczęście mi sprzyjało, bo niektórzy krzyczeli i rzucali się na piłkarzy, nie wywołując u nich większej reakcji. Po chwili udało mi się uzyskać też podpis Downinga, który wyglądał na niezwykle speszonego i nieśmiałego. Cała czwórka piłkarzy z eskortą ochroniarzy szła dalej - zawodnicy zmęczeni tym wszystkim, starali się ignorować natrętów takich jak ja. Jednak w ostatniej chwili, ostatni z nich - Petrov odwrócił się i również się podpisał. Przez resztę dnia towarzyszył mi duży uśmiech na twarz. Po raz kolejny to powiem – niby nic takiego, ale jakie szczęście! Zawodnicy, a za nimi fani udali się do budynku, gdzie śpiewali „Carlos!” i „Friedel!” – ta dwójka bowiem cieszyła się największym uznaniem kibiców.

Walsall – Villa

Punktem kulminacyjnym mojego pobytu w Anglii miał być udział w meczu Premier League. Niestety mój pobyt nie pokrywał się z terminarzem angielskiej Ekstraklasy, ale dane mi było oglądać sparing pomiędzy Aston Villą, a sąsiednią drużyną Walsall. Zawsze najbardziej kręci mnie otoczka całego spotkania – staruszkowie w koszulkach swojej ukochanej drużyny, ojcowie idący na mecz ze swoimi małymi pociechami w trykotach ulubionego zespołu, kibicowanie na stadionie. Na meczu było około 10 tysięcy osób, co jest stosunkowo małą liczbą, jednak kibice Villi (których było zdecydowanie więcej, pomimo że mecz był rozgrywany na Bescot Stadium w Walsall) głośno dopingowali swój zespół. Łatwo można było rozpoznać, że ulubieńcami fanów Villi są Friedel, Salifou i Carew. Siedziałem w pierwszym rzędzie i mimo, że mecz średnio ogląda się z takiego miejsca, to dzięki temu widziałem wielu piłkarzy z bliska. Wnioski czysto piłkarskie? Carew to czołg, a młody Albrighton ma w sobie “to coś” i jest szybki (kilka dni po tym sparingu zadebiutował w Premier League). Villa gładko wygrała 2:1 (pomimo nerwowej końcówki). Mecz stał na dość wysokim poziomie a kibice wspierali swoich wniebogłosy. Najfajniejszy akcent to zdecydowanie kilkuletnia fanka Villi, która wraz ze swoją matką zajmowała miejsca obok mnie – dopingowała niesamowicie głośno i bez problemu wymieniała wszystkich zawodników!

Mecz oglądany na żywo to bardzo fajna sprawa. Nie mówiąc już o meczach o stawkę!


Anglia jest piękna. Kocham ją. Mimo braku słonecznej pogody i okropnego jedzenia. Mam nadzieję, że następnym razem uda mi się po raz kolejny pojechać na Old Trafford i mecz ukochanego Manchesteru United, bo tego zdecydowanie zabrakło!

Zapraszam także na Redlog.pl, gdzie możecie zobaczyć galerię z mojego pobytu w Anglii.

Poleć swoim znajomym wpis "Niezależna twierdza rządząca się własnymi prawami"!

Komentarze do wpisu "Niezależna twierdza rządząca się własnymi prawami":

1. Yoko napisał(a):
01 października 2010, 13:49:26

domyślam się, że magiczną przepustką przy wchodzeniu na te wszystkie stadiony była legitymacja dziennikarska? ;>
fajnie Ci, że mogłeś tyle zobaczyć, zazdroszczę. sama też darzę ten kraj i jego mieszkańców ogromną sympatią i aż miło poczytać tyle ciepłych słów o Wyspiarzach przed początkiem ostatniego roku akademickiego na ANGLISTYCE ;-)

2. n3m0 napisał(a):
01 października 2010, 20:05:46

TLDR, ale zgadzam sie ze spora czescia tego co napisales.

Cheers, mate! :]

3. Wiktor napisał(a):
01 października 2010, 21:57:33

@Yoko - tak jest, magiczna legitymacja :D

@n3m0 - tyle wrażeń, że nie dało się tego krócej opisać! doszedłem do wniosku, że kogo interesuje to i tak przeczyta :)

Dodaj komentarz: